poniedziałek, 13 lutego 2017

Pączki Pani Marii


Mama smażyła je nie tylko w karnawale, ale, wolałam te w sklepie wiejskim przywożone z GS-u. Później te w mieście, naprzeciwko szkoły, gdzie na dużej przerwie popijaliśmy je oranżadą. Lukier oblepiał brodę, marmolada czaiła się w kącikach uśmiechniętych i rozgadanych ust, a państwowy pączek i słodki musujący napój był szczęściem na tę chwilę. Może gdyby zegarek tak bezlitośnie nie odliczał minut dużej przerwy, radość byłaby mniejsza...??? Kto wie... Niecodzienność oranżady była szczęściem zaraz obok dżinsów z wysokim stanem zapinanych na szeroki pas i turkusowej podszewki wypełniającej kieszenie... (i jeszcze wielu innych rzeczy, z których dziś byłoby absurdem się cieszyć). Nie każdy takie dżinsy miał, więc wspomnienie uczuć nie jest przesadzone. Gdybym jednak musiała wybierać..., ze spokojem zrezygnowałabym z pączków, a wybrała dżinsy - takie spełnienia wczesnej nastolatki lat dziewięćdziesiątych. Ale, wracając do pączków, te mogły, ale nie musiały istnieć, więc, gwoli ścisłości, znawcą.... nie byłam, jednak od momentu spróbowania pączków Pani Marii, dobrego pączka potrafię rozpoznać.


Być może przepis na TE pączki podobny jest do wielu innych przepisów na pączki.... Być może wyglądają identycznie jak wszystkie pączki, które do tej pory widzieliście. Być może. Zmienilibyście jednak zdanie po pierwszym, no... może po drugim kęsie. Dla mnie jednak, nawet nie wyglądają jak wszystkie inne pączki, gdyż są o połowę mniejsze, ale, co najistotniejsze, przede wszystkim nie dorównują innym swoją delikatnością.
Po raz pierwszy jadłam je jakieś 20 lat temu. Później zdarzyło się to jeszcze kilka razy. Może dwa, może trzy... Prośbę o przepis próbowałam się ułożyć w słowa, ale informacje, że nawet najwytrawniejsze gospodynie-koleżanki nie osiągnęły tej delikatności, o której mowa, skutecznie spychały ambicje o smażeniu pączków-ikon w dalszą przyszłość, taką, w której być może nabiorę wprawy... Innym, z doświadczeniem, nie wychodziło, to jak mi..???, więc... nie prosiłam. Z łatwością jednak wydębiłam przepis na sernik z ziemniakami i wraz z nim otrzymałam cały zeszycik z przepisami powojennymi, a w nim receptę na pączki. Na TE pączki. Czas jednak mijał, zeszycik kurzył się, a moje onieśmielenie trwało. Wspomniałam kiedyś Pani Marii, że może byśmy kiedyś wspólnie spróbowały..., ale się nie "składało". W końcu, latem, otrzymałam od niej telefon: "Przyjeżdżaj, jutro smażymy pączki...!". Byłam wniebowzięta...!!!


Po rozczynieniu drożdży, po połączeniu wszystkich składników zaczęłyśmy pracować. Najpierw Ona, później ja. Pamiętając Jej wcześniejsze ruchy, uderzałam ciastem o dno miski, wyciągałam je wysoko w stronę sufitu, aby lądując znów uderzyło o miskę. I tak ponad półgodziny, aż Pani Maria stwierdziła, że już wystarczy, że jest takie, jak trzeba. Przykryła je ściereczką i zostawiła aby urosło, a nam zrobiła kawę.


Aromat kawy i drożdży wypełniał kuchnię, a ja słuchałam opowieści o tym jak mała Marysia, może jedenastoletnia, może dwunastoletnia, razem z ciekawskimi dzieciakami z sąsiedztwa uwielbiającymi pączki, podpatrywała przy pracy wspaniałego radomskiego cukiernika pana Banasika. Widziała jak mistrz ciastem rzucał, jak je ugniatał i klepał tak długo, aż w cieście pojawiały się pęcherzyki. Mówiła, że zapamiętała, iż ciasto musi być delikatne, trzeba je wyrabiać dość energicznie aż będzie właściwie napowietrzone. Później widziała, że mistrz ciasta nie wałkuje, a rozciąga rękami starając się nie przerwać jego delikatnej struktury. Po wojnie,  już w życiu dorosłym, piekąc pączki dla dzieci pamiętałą o panu Banasiku i jego technikę wprowadziła do swojej kuchni. Pączki jednak zmniejszyła, bo nie lubiła "takich dużych buł" , a po latach do lukru dodała skórkę pomarańczową, którą, z kolei, podpatrzyła w Warszawie w kawiarni "Pod kurantami".

Kiedy skończyła się kawa, a ciasto urosło, w powietrzu unosił się nadal smak przedwojennych wspomnień. Lepiłyśmy delikatne ciasto zamykając w nim wiśniową konfiturę. Pani Maria od czasu do czasu dorzucała garstkę obrazów z dziecięcych lat.
Później przyszedł czas na drugą kawę i ocenę (...!) ciepłych jeszcze pączków. Pozostałe delicje rozdzieliłyśmy do pudełek dla dla mnie, dla niej oraz kilku krewnych i znajomych.


Zatem pierwsze wspólne pączki miałam za sobą i cieszyłam się jak... nie wiem co...! Teraz sama wzięłam się za ich samodzielne rozciąganie, klejenie i... smakowanie. Po trzech pączkach zadzwoniłam do Pani Marii nieśmiało pochwalić się sukcesem. Prosiła, abym jednego pączka zjadła w jej intencji, co z wielka przyjemnością uczyniłam, a resztę.... rozdałam.
Pamiętajcie, że sukcesem tych pączków jest długie wyrabianie i rozciąganie, a nie wałkowanie ciasta.
Dziękuję za uwagę i powodzenia...!


Pączki Pani Marii

rozczyn:
50g drożdży
50g cukru
30g mąki
trochę letniego mleka tak, aby składniki się połączyły

pozostałe składniki:
4 żółtka
3 jajka
80g cukru
skórka z cytryny
750g mąki
1/3 -1/2 szklanki mleka
szczypta soli
kieliszek alkoholu
140g masła

konfitura wiśniowa albo inna ulubiona jako nadzienie
smalec lub bezwonny olej do smażenia; ja smażę na tłuszczu pół na pół: dwie kostki smalcu i butelka oleju

1. Zrób rozczyn i postaw do wyrośnięcia.
2. Utrzyj jaja i żółtka z cukrem i skórką z cytryny, dodaj przesianą mąkę, wyrośnięty rozczyn, mleko, sól i alkohol. Wyrabiaj ręką.
3. W rondelku roztop masło.
4. Gdy wszystko się połączy, dodawaj PO TROCHU roztopione masło i wyrabiać ciasto do osiągnięcia gładkości i pęcherzyków powietrznych. Oprósz mąką i przykrywając ściereczką odstaw do wyrośnięcia na półtorej do dwóch godzin.
5. Gdy ciasta przybędzie jeszcze raz tyle, podziel na 4 części, wykładaj po jednej na stolnicę ( a resztę schowaj pod ściereczką) i rozciągaj (ale nie wałkuj) aż ciasto osiągnie grubość mniej więcej 1,5 cm. Klasyczną szklanką wykrawaj krążki. Krążek kładź na rękę, na krążek dwie, albo trzy wisienki i sklejaj tak, aby konfitura nie wypłynęła.
6. Układaj pączki na posypanym mąką blacie, nakryj ściereczką i pozostaw do wyrośnięcia na jakąś godzinę.
7. Rozgrzej dobrze tłuszcz.
8. Wyrośnięte pączki omieć z mąki i kładź na tłuszczu. Gdy spód się zrumieni, drewnianym patyczkiem odwróć na druga stronę.
9. Usmażone pączki wykładaj na papierowy ręcznik, osącz i wyłóż na talarze. 
Po usmażeniu wszystkich smaruj je lukrem ze smażoną skórką pomarańczową, albo w wersji skrócone z lukrem ze świeżo startą skórką pomarańczową, albo zwyczajnie oprósz cukrem pudrem, ale.... to już nie będzie to.

skórka pomarańczowa
składniki na 1,5 szklanki:

6 dużych pomarańczy ze średnio grubą skórką
2 szklanki cukru
1/4 szklanki wody

Pomarańcze wyszoruj i sparz. Obierz dzieląc skórkę na ćwiartki. Ze skórek odkrój i wyrzuć białą warstwę (albedo). Pozostałą skórkę pokrój w kosteczkę, zalej wrzącą wodą i gotuj 5 minut. Odcedź. Czynność powtórz.
W rondelku wymieszaj wodę z cukrem. Wrzuć przygotowane skórki pomarańczy i gotuj na minimalnym ogniu (początkowo pod przykryciem, pod koniec gotowania bez przykrycia), aż staną się półprzezroczyste, a większość wody wyparuje, około 45 minut. Wystudź, następnie na sitku odlej nadmiar syropu (około 2 łyżek).
Przełóż do słoiczków. 

lukier pomarańczowy 
1 szkl. cukru pudru 
1-2 łyżki soku z pomarańczy
 Łączę składniki ucierając je łyżką.


niedziela, 29 stycznia 2017

Lepiej później niż teraz...i wspaniałe koktajle bez cukru i inych cukrowych wspomagaczy


Założyłam siwą czapkę na głowę i zaraz ją zdjęłam. Eee... "Załóż, przecież byłaś chora..." usłyszałam za prawym uchem... ". Skuliłam się w ramionach. "Kaptur też może być" ten szept szedł z lewego ramienia. Oba zlekceważyłam schylając się, aby założyć buty. "No załóż..., mówię ci..." znów za uchem prawym... 
Czy za trzydzieści lat te same kwestie będę wypowiadała na głos...? Za trzydzieści lat...? Przecież za pięć lat moja mama będzie w takim wieku, w jakim ja będę za trzydzieści... Czy mama rozmawia sama ze sobą...? No..., do kota mówi..., ale...
Ulegając... prawym szeptom wyszłam w czapce. Próbowałam w ten sposób ukryć brak makijażu, bo ja przecież tylko do sklepu... Błądząc po półkach myślałam czym banany bio różnią się od tych nie bio... Gołym okiem różnicę zauważyłam tylko w cenie i wzięłam te "niebio", a uchem zakrytym czapką usłyszałam jak pan około pięćdziesiątki wybierał awokado i mówił: "może do wtorku dojrzejesz..." Oho... to może przyjść szybciej niż myślałam...

Przy papryce powiedziałyśmy sobie cześć. Ja wiedziałam, że ona to Ania i wiedziałam co, gdzie, kiedy..., ona natomiast : "Tak, wiem..., czekaj... fitness, albo fizjoterapia...!"wykrzyknęła z radością. "I jedno i drugie. Poznałaś po... oczach...?" zapytałam, bo wtedy, gdy pracowałyśmy w tym samym miejscu jeszcze się nie malowałam... "Nie, po produktach, które wybrałaś". Uśmiechnęłam się. Zamieniłyśmy jeszcze kilka serdecznych zdań. Wzięłam kartonik z warzywami, załadowałam całą torbę grejpfrutami, powąchałam spód ananasa, włożyłam do kartonika i ruszyłam w stronę kas.
W domu przeczytałam, że mówienie do siebie jest oznaką porządkowania rzeczywistości. Uff..., ale i tak lepiej później niż teraz...


Zatem w ramach porządkowania rzeczywistości zmiksowałam część zawartości kartonika i zrobiłam kilka zdjęć. Zielony koktajl robię tak często, jak często avokado (odłożone do ciemnej szafki) znajduję w doskonałym stanie dojrzałości. Zielony jest słodką, sytą wspaniałą przekąską. Różowy, może spełniać tę samą rolę, ale dzięki obecności czerwonej porzeczki jest lekki i orzeźwiający. W każdym z nich są tylko naturalne produkty.

Zielony koktajl
2-3 porcje
 
2 duże garści jarmużu
1/2 - 1 avocado
1 duży banan
pomarańcza
1/3 ananasa
trochę imbiru świeżo startego
pół szklanki wody albo więcej...

Zmiksuj wszystko dokładnie, wodą reguluj gęstość.



Różowy koktajl 
2 porcje

3/4 szkl. mrożonych porzeczek
1i1/2 banana
pomarańcza
3-4 łyżki mielonych migdałów 
trochę startego świeżego imbiru

Zmiksuj, pij od razu.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Simit, rokitnik i powrót czyli tureckie bajgle i koktajl z rokitnika, mango i banana



Takiej przerwy nie planowałam. Żadnej nie planowałam. Życie zaplanowało, a ja mu uległam... Ten rok obfitował w nowe doświadczenia sportowe, zawodowe, fotograficzne i kulinarne. Zdobyłam nowy zawód (jestem podologiem...:)), w którym się rozwijam. Przebiegłam maraton, dwa półmaratony i kilka krótszych oficjalnych biegów. Stylizowałam zdjęcia do książki z wypiekami, która jeszcze nie ukazała się na rynku i nadal kulinarnie (i około kulinarnie) eksperymentuję w swojej kuchni.

Dziś mam przepis przepyszne bajgle tureckie z książki Moniki Wałeckiej "Opowiadania drewnianego stołu" oraz wyjątkowo aksamitny koktajl, który podpatrzyłam Mary. Bajgle najlepiej smakują w dniu wypieku. Koktajl jest z rokitnikiem, pełnym cudownej witaminy C (który zebrałam jesienią i zamroziłam, przyszłym roku zamrożę jeszcze więcej) i z mlekiem owsianym, które robi się wyjątkowo łatwo (poniżej przepis), ale możesz też użyć innego roślinnego, lub zwykłego.

Może koktajl i bajgle wystarczą na początek...?


Simit - tureckie bajgle
Składniki na 10 sztuk

650 g mąki pszennej (chlebowa typu 750)
7 g drożdży suchych
200 g letniej wody
150 ml mleka
1 jajko
2 łyżki oliwy z oliwek
2 płaskie łyżki cukru
1 łyżeczka soli

Dodatkowo:

1 szklanka sezamu, podprażonego na suchej patelni do zezłocenia ( mieszaj cały czas, przypalony sezam będzie gorzki)
1/3 szklanki wody wymieszana z 1 łyżką melasy

Ze wszystkich składników (oprócz sezamu i melasy) zagnieć gładkie i elastyczne ciasto. Przełóż je do naoliwionej miski i pozostaw do wyrośnięcia na godzinę lub do czasu podwojenia objętości.
Kiedy ciasto urośnie, wyłóż je na blat i podziel na 10 kawałków. Każdy z nich uformuj w kulkę i pozostaw na kwadrans. Następnie każdą z kulek rozwałkuj rękami na wałeczek o długości mniej więcej 70 cm. Złóż go w pół i skręć delikatnie dookoła własnej osi aż otrzymasz świderek.  Złącz jego końce i ułóż na umączonym blacie. Instrukcję jak formować bajgle znajdziesz tutaj.
Tak przygotowane bajgle pozostaw do wyrośnięcia na 30 minut. W międzyczasie lekko podpraż na patelni sezam, w oddzielnej misce rozrób melasę z pół szklanki wody. Podrośnięte bajgle zanurz w przygotowanym roztworze z obu stron, lekko odsącz je nad miską, a następnie obtocz w sezamie. Ułóż na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Piecz przez ok. 25 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni. Bajgle najlepiej smakują w dniu wypieku, ale z powodzeniem możesz z nich korzystać przez następne dwa dni. Smacznego!

Uwaga: jeśli chcesz, by pęknięcia na bajglach były mocniej widoczne, posmaruj je wodą z melasą i oprósz sezamem  jeszcze przed podwojeniem objętości, zaraz po uformowaniu;

 

 Koktajl z rokitnika, mango, banana i mleka owsianego
3 porcje 1 bardzo duży banan
 1 mango
 100 g rokitnika*
 2 filiżanki mleka owsianego **
 1łyzeczka ekstraktu waniliowego
  1/2 łyżeczki kurkumy

dodatkowo (do ozdoby)
sezamem
mrożone malin
 
mrożony rokitnik

Wymieszaj wszystkie składniki w blenderze, aż smothie będzie gładkie i gęste. Przecedź przez sito, aby pozbyć się czarnych pestek z rokitnika. Wlej do szklanek i pij ze smakiem.
    



* jeśli jesteś z Warszawy, TUTAJ możesz dostać rokitnik mrożony ;

**Mleko owsiane
2 filiżanki

4 łyżki płatków
400 ml wody
Zmiksuj i przecedź przez gazę, albo czystą ściereczkę.

Do koktajlu możesz użyć mleko nie przecedzone, wtedy koktajl będzie bardziej gesty.


sobota, 26 marca 2016

Alleluja!

Dzisiejszej miłości, pokoju i nadziei na DŁUŻEJ. Niech radość Zmartwychwstania będzie naszym udziałem:). Dobrego świętowania:)


czwartek, 24 grudnia 2015


Moi Drodzy, 
życzę Wam spokojnych serc, 
nadziei, która trzyma w pionie, 
mądrości,
 satysfakcji
 i łagodności na każdy czas.
 Spójrzmy na siebie nowymi oczami, tak, jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy - bez obciążeń i naznaczeń, spójrzmy na swoich krewnych i bliskich tak, jakbyśmy właśnie och poznawali...

Dobrego czasu, dobrego świętowania!
Pięknego Bożego Narodzenia!

Bóg się rodzi.
Do zobaczenia przy żłóbku!

środa, 2 grudnia 2015

Crumble z jabłkami, malinami i orzechową kruszonką. Oczekiwanie na...


Grudzień. Gałęzie drzew obce, jakby nieznajome, a po kolorowych wcześniej, liściach tylko mokre resztki. Na dworze gorzej niż przewidujemy. Lodowaty płyn wpada prosto za kołnierz, a wiatr szarpie połami płaszczy. Do tego ciemno i zimno. Wciąż jeszcze jesień, ale samo słowo grudzień przynosi wewnętrzne nastawienie na zimę. Z pawlaczy, czy garderoby wyciągamy rękawiczki i czapki, kupujemy buty, kurtkę, czy płaszcz "na zimę". Wraz z tym nastawieniem i grudniem przychodzi czas oczekiwania na... śnieg. Wprost nieproporcjonalnego oczekiwania w stosunku do zapowiedzi pogodynek i innych (Kret kłamie...! powiedziała wczoraj koleżanka). Ale co tam... lekceważymy je, bo oczekiwanie ma swoje prawa.... Czekamy, nawet jeśli głośno nie przyznajemy się do tego. Czekamy, bo każdy z nas nosi w sobie pragnienie... baśni, a pierwszy śnieg jest jej, swego rodzaju, namiastką. Czekanie wytwarza w nas przepiękne przestrzenie piękna i czegoś nieuchwytnego... W każdym razie śnieg, w naszej szerokości geograficznej, pojawi się, albo... nie, a piękno pozostanie. Tak przynajmniej sobie życzymy.


Grudzień to czas Adwentu i radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie. Mój kolega mówi, że Adwent wywodzi się od angielskiego słowa adventure - przygoda, więc trzeba się przyGodować na przyjście Jezusa i tym czasie przeżyć wspaniałą przygodę. A poważniej to czas intensywnej nadziei i odkrywania miłości w ludziach i w sobie. Czas nadziei na lepsze...

Mój wieniec przybrał w tym roku formę pieńka. Inspiracją był dla mnie pieniek Kristin z Islandii, który znalazłam wśród jej przepięknych zimowych zdjęć. Jak Wam się podoba?

Skoro grudzień i Adwent to napełniam się oczekiwaniem i nadzieją mrucząc pod nosem: "Dopóki jest ciasto, jest nadzieja. A ciasto jest zawsze."(Deana Koontz - ale nigdy nie pamiętam...). Zatem ciasto z kruszonką. Swobodnie mogłabym je nazwać malinową szarlotką z kruszonką, ale będę się trzymać nomenklatury Katie Quinn Davies, z której przepisu korzystałam - "What Katie Ate. Weekend Katie" - i zostanę przy kruszonce, albo crumble. Ciasto jest zwarte i sycące, ale nie przesłodzone, słodycz jest tutaj zbalansowana orzeźwiającymi malinami ( u Katie jeżynami) i jabłkami. Pyszne do cappuccino i do herbaty, a do kakao najlepsze. Już jeden mały kawałeczek wywołuje uśmiech.


Crumble z jabłkami, malinami i orzechową kruszonką
12porcji - blacha 24x30cm


150g schłodzonego masła, pokrojonego na małe kawałki
300g przesianej mąki
110 + 50 g cukru pudru
1 jajko
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (albo cukru z wanilią)
2 zielone jabłka pokrojone na małe kawałeczki
250 g świeżych lub mrożonych malin (mrożone rozmrozić)

orzechowa kruszonka
75g mąki pszennej
100g schłodzonego masła, pokrojonego na kawałeczki
75g brązowego cukru + 2 łyżki do posypania
45g płatków owsianych
125g orzechów laskowych bez skórek, posiekanych
1/2 łyżeczki mielonego imbiru

1. Mikserem utrzyj masło, mąkę i 110 g cukrupudru do czasu aż będą przypominać mokry piasek. Dodaj jako i ekstrakt waniliowy i mieszaj dalej, aż powstanie zwarte ciasto. Uformuj z niego kulę, zawiń w folię spożywczą i włóż do lodówki na 20 min.
2. W tym czasie do rondla włóż jabłka, maliny, wsyp pozostały cukier i wlej sok z limonki oraz 125 ml wody (u mnie to był sok pozostały z rozmrażanych malin). Doprowadź do wrzenia, następnie zmniejsz moc palnika d średniej i gotuj 15-20 min. lub do czasu aż jabłka zmiękną, a większość płynu wyparuje. Zdejmij rondel z ognia odstaw do ostygnięcia.
3. Rozgrzej piekarnik do temperatury 180°C. Formę do pieczenia natłuść ALBO wyłóż papierem do pieczenia.
4. Przygotuj kruszonkę: mikserem utrzyj mąkę z masłem, aż powstanie tzw. mokry piasek. Dodaj pozostałe składniki włącz znowu na chwile mikser, aby je wymieszać i zostaw na później.
5. Wyjmij ciasto z lodówki, rozwiń i uformuj okrągły placek. Włóż go między 2 kawałki papieru do pieczenia, rozwałkuj na prostokąt o wymiarach 24x30cm i rozłóźż na spodzie blaszki.
6. Nakłuj ciasto dość gęsto widelcem i piecz 20 min. lub do czasu, aż zacznie brązowieć. Wyjmij ciasto z piekarnika, odczekaj 5 min., a następnie równomiernie rozłóż przygotowane wcześniej owoce. Posyp je kruszonką i dodatkową porcją brązowego cukru. Piecz 25-30 min. lub do momentu, kiedy kruszonka nabierze złocistego koloru. Po wyjęciu zostaw ciasto w blaszce na 30 min, następnie pokrój na kwadraty i podawaj.


poniedziałek, 30 listopada 2015

Na Bałtyku sztorm


Nad Bałtykiem wieje. 8, 9 w porywach do 10 w skali Beauforta. Trudno zejść schodami, które całe w piasku, więc schodzę otwartym wyłomem wydmy prosto na plażę. Już tutaj czuję ostre uściski lodowatego wiatru. Naciągam więc kaptur na czapkę, szczelniej zapinam kurtkę i żałuję, że nie pomyślałam o rękawiczkach. Długo tu nie pobędę…
Stalowo szare chmury, wichrem smagane, co jakiś czas odsłaniają niebo. Ziarenka piasku, pod wpływem imperatywu wewnętrznego śmigają z zachodu na wschód. Po drodze zatrzymują się na moich ustach. Dwie osoby, dość mocno “opatulone” chłoną moc natury nabierając energii na jakiś niewątpliwie gorący napój. Mewy w czerwonych, ocieplanych… gumowcach oczekują na świeże zimne kąski, a ja podczas tych 10 minut próbuję uchwycić piękno i moc żywiołu. Wracam marząc o gorącej herbacie…